- Dlaczego kazałaś nam przyjechać tak wcześnie? – zapytała mnie z wyrzutem przyjaciółka. Kolejny raz w ciągu niecałej godziny. – Koncert jest przecież dopiero wieczorem.
- Czyli za godzinę. Myślałam, że trochę pozwiedzamy, ale tobie jak zwykle się nie chce.
- Jest zimno! – krzyknęła.
Kilka osób rzuciło nam karcące spojrzenia, na co Justyna tylko wykrzywiła usta w czymś na kształt uśmiechu.
- Mogłaś się ubrać – warknęłam.
Byłam zmęczona jego ciągłym narzekaniem. Nic jej nie pasowało i we wszystkim dopatrywała się złych stron.
Justyna zignorowała mnie całkowicie. Co z tego, że była moją przyjaciółką, skoro wyciągnęła telefon i zaczęła pisać smsy? Na pewno nie do mnie.
Nie chciałam prowokować przyjaciółki, ani nikogo innego koło nas swoją złością, dlatego też nic już więcej nie mówiłam.
Nigdy z własnej woli nie pojechałabym z Justyną do Wiednia na koncert Heffron Drive, ale nie miałam wyboru. Tylko ona zgodziła mi się towarzyszyć, a i tak nie obyło się bez długotrwałych negocjacji.
A do tego, żeby dostać od rodziców pieniądze na bilety, musiałam spełnić absurdalnie długą listę warunków.
Kolejne minuty już nie dłużyły mi się tak bardzo, jak na początku. Zaczęło schodzić się co raz więcej ludzi. Za moimi plecami słyszałam liczne rozmowy po niemiecku, czesku i angielsku.
Justyna nie zwracała na mnie uwagi. Wpatrywała się jedynie w ekran swojego telefonu, a jej palce migały, gdy pisała kolejne wiadomości.
Nie ma co. Fajna przyjaciółka.
Zagryzłam zęby i weszłam do środka budynku. Nieważne, że teoretycznie nie mogłam jeszcze tego zrobić. Nikt nie pilnował wejścia, więc czemu miałam stać i marznąć na zewnątrz?
~*~
Na sali było duszno i tłoczno. Było tu jednak ciepło i Justyna skończyła w końcu narzekać, albo po prostu zapomniała jak to się robi.
Patrząc na nią, odniosłam wrażenie, że coraz bardziej udziela jej się nastrój wszystkich dookoła. Nawet z jej twarzy zniknęła pogarda, a zastąpił ją lekki uśmiech. Ja sama szczerzyłam się jak głupi do sera i wpatrywałam w scenę, wyczekując pojawienia się Heffron Drive.
Dziewczyny stojące przede mną, zaczęły się z czegoś śmiać. Jedna mimowolnie cofnęła się do tyłu i niechcący stanęła mi na stopie.
Syknęłam odruchowo.
- Przepraszam! – powiedziała pośpiesznie brunetka, przekrzykując DJa.
Mówiła po angielsku, a w jej głosie wyraźnie słychać było francuski akcent.
- Nic nie szkodzi – zapewniłam ją pospiesznie z uśmiechem na twarzy.
- Jestem Dennice – przedstawiła się uprzejmie i podała mi rękę. – Uścisnęłam ją z grzeczności. Miała bardzo delikatną skórę. – To jest Josiane – wskazała gestem na blond koleżankę.
- Josie – poprawiła ją odruchowo. – Wolę tę amerykańską wersję.
Podniosła dłoń w czymś na kształt pozdrowienia i niemal natychmiast ją opuściła. Miała podobny akcent co jej poprzedniczka.
- Ja jestem Marta. Miło mi was poznać – wydukałam. Nie byłam nigdy mistrzynią w zawieraniu nowych znajomości. – Jesteście z Francji? – zapytałam nieśmiało.
- Ze Szwajcarii – sprecyzowała Dennice. – Z tej części francuskojęzycznej.
- Ja jestem z Polski – uzupełniłam, mimo że żadna z nich o to nie spytała.
- Myślałam, że jesteś Rosjanką – zmarszczyła brwi Josie.
Przyglądnęłam się dziewczynom uważniej. Obie miały taką samą fryzurę, z tym, że Josie miała wygoloną prawą stronę głowy. Jak na oko miała może ze dwadzieścia lat, ale mocny makijaż czynił ją starszą, niż rzeczywiście była.
Pod grubą warstwą tapety jednak kryły się wydatne kości policzkowe i pełne usta, a jej oczy miały ładny, kobaltowy odcień.
Dennice miała za to kolczyk w wardze i niewielki tunel w lewym uchu. Nigdy nie byłam fanką piercingu, ale z jej ciemną karnacją i kasztanowymi włosami dobrze się to komponowało. Była zdecydowanie młodsza od Josie.
Miały bardzo podobne twarze. Mogły by być…
- Jesteśmy siostrami – wyjaśniła Josie, widząc, że dostrzegłam między nimi podobieństwa. – Niektórzy mówią, że różnimy się tylko kolorem włosów.
Kiwnęłam bez słowa głową i wskazałam na Justynę. Stała bliżej sceny niż ja. Zachodziłam w głowę, dlaczego nagle wykazała zainteresowanie koncertem.
- Tam – zwróciłam na nią ich uwagę – stoi moja przyjaciółka.
Dennice chciała coś powiedzieć, ale zagłuszył ją przeraźliwy krzyk widowni. To mogło znaczyć tylko jedno.
Kendall i Dustin wyszli na scenę.
Obróciłam się w ich kierunku i także zaczęłam się wydzierać. Jakby to miało sprawić, że mnie zauważą.
~*~
Nie mogłam nic poradzić na to, że zaczęłam zachowywać się jak rozhisteryzowana fanka. Skakałam, tańczyłam, śpiewałam i darłam się w niebogłosy.
Czułam podekscytowanie i radość, że jestem tu gdzie jestem.
Przepchnęłam się bliżej do sceny. Gdybym tylko wyciągnęła rękę, dotknęłabym buta Kendalla.
Justyna zaczęła machać do Dustina. Z jej piersi wydobył się głośny pisk, gdy ten się do niej uśmiechnął.
Wtedy jednak Kendall z łoskotem osunął się na podłogę. Przy upadku wyrwał kabek od gitary i ta także z wielki hukiem uderzyła w scenę.
Dustin przestał grać i wszystko ucichło. Łącznie z publicznością.
Czym prędzej przykucnął koło przyjaciela. Zaczął uderzać go w policzki, by go ocucić, ale nie odniosło to żadnego efektu.
Przyłożył dwa palce do szyi Kendalla i pochylił się nad nim, by sprawdzić puls.
Przez chwilę nic się nie działo, ale gdy poniósł głowę, wiedziałam wszystko. Twarz Dustina była wykrzywiona w przerażeniu.
Błyskawicznie przypomniałam sobie kurs pierwszej pomocy. Jeśli nie ma akcji serca, trzeba natychmiast przeprowadzić reanimację. Każda sekunda zwłoki zabierała szansę, na uratowanie życia.
Zaczęłam przepychać się w stronę schodów na scenę. Bez problemu na nią wbiegłam i uklękłam przy Kendallu.
- Co ty do cholery wyprawiasz?! – wydarł się na mnie masywny ochroniarz w czarnym stroju, który przywodził na myśl ninję.
- Wiem jak mu pomóc – wyjaśniłam.
Dustin nie chciał mi pozwolić działać. Tu liczył się każdy moment!
Popatrzyłam na niego z niemą prośbą. Chłopak wahał się przez chwilę. W końcu mnie nie znał. Nie wiedział, czy przypadkiem nie zrobię Kendallowi nic złego. W końcu jednak poddał się. Skinął głową i podniósł się z ziemi.
- Dzwońcie na pogotowie – wycedził przez zęby do ochrony.
Wypuściłam powietrze z płuc z głośnym świstem. Nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.
Położyłam dłonie płasko na klatce piersiowej Kendalla – tak, jak uczyli mnie na kursie, dwa palce powyżej mostka – i zaczęłam naciskać. Trzydzieści ucisków, dwa oddechy.
Powtórzyłam te same czynności jeszcze raz - tym razem z większą pewnością i przyłożyłam policzek do ust chłopaka. Mogłabym przysiąc, że czuję jego słaby oddech. Uśmiechnęłam się słabo, ale natychmiast opanowałam. Popatrzyłam na jego tors. Ledwie zauważalnie podnosił się i opadał.
Poprawił mi się parszywy humor. Uratowałam komuś życie.
Zrobiło mi się słabo. Sztuczna para, której pełno było na scenie, zaczęła mnie dusić. Coś mokrego zaczęło cieknąć mi z nosa. Krew.
Czyjeś ręce odciągnęły mnie od Kendalla i ściągnęły w dół po schodach. Pojawiło się mnóstwo ratowników. Później już nie wiedziałam co się dzieje. Straciłam przytomność.
~*~
Obudziłam się w nieznanym pomieszczeniu. Wszystkie światła wydawały się być skierowane na mnie. I wtedy rozpoznałam oślepiający blask jarzeniówek.
Byłam w szpitalu.
Wydarzenia sprzed mojego omdlenia, były przesłonięte mgłą. Nie miałam pewności, że to wszystko nie było jedynie snem. Wiedziałam jednak, że to wszystko miało miejsce naprawdę.
Usiadłam z wrażenia, gdy do mojej świadomości dotarła oczywista informacja. Nie tylko uratowałam komuś życie. Uratowałam życie Kendalla Schmidta, swojego idola.
Zagryzłam wargę, by się nie roześmiać ze szczęścia. Nie dość, że go poznałam, może on tego nie pamięta, ale ja tak, to w dodatku zawdzięcza mi swoje życie i pełną sprawność mózgu.
- Och, Marta? – usłyszałam znajomy kobiecy głos z fotela pod oknem.
- Mama? – wykrztusiłam z siebie. – Co ty tu robisz? Dlaczego przyjechałaś? Przecież nic mi nie jest.
- Jesteś niepełnoletnia. Lekarze musieli mnie zawiadomić o twoim stanie zdrowia, i o tym, że jesteś w szpitalu.
- Ale nie musiałaś od razu przyjeżdżać do Wiednia.
- Jesteś moją córką – ucięła krótko. W jej mniemaniu to była odpowiedź na wszystkie moje pytania.
- Przecież to daleko. Koszty podróży, noclegu, wyżywienia… - zaczęłam wyliczać, ale mama przerwała mi ruchem ręki.
Zmieszana odwróciłam wzrok i zaczęłam tępo wpatrywać się w drzwi. Nie powinnam była tak reagować. Martwiła się o mnie, a ja ją tak potraktowałam.
Zastanawiał mnie fakt, dlaczego zemdlałam? Nie czułam się jakoś specjalnie źle. No, może oprócz tej krwi z nosa i, że nie mogłam złapać oddechu, ale to pewnie przez tę mgłę. Na sali było duszno, ale przecież nigdy tak nie reagowałam.
Ciekawa byłam, co się dzieje z Kendallem. Czy wszystko z nim w porządku? Czy lekarze wiedzą, dlaczego nastąpiło u niego zatrzymanie akcji serca?
Tyle pytań cisnęło mi się na usta, a nie wiedziałam, które mam zadać jako pierwsze. I przede wszystkim komu.
Wtedy jednak rozsuwane drzwi otworzyły się i do pokoju weszła blond lekarka w białym kitlu. Na oko wyglądała ja kobietę przed trzydziestką. Uśmiechnęła się do mnie promiennie i momentalnie odmłodniała o kilka lat.
- Dzień dobry – przywitała się uprzejmie głosem godnym piosenkarki.
- Dzień dobry – odpowiedziałam niepewnie. W życiu nie widziałam tak młodej lekarki.
Kobieta kiwnęła potakująco głową i zaczęła coś pisać w mojej karcie pacjenta.
- Kiedy moja córka będzie mogła wrócić do domu?
Mama wstała z fotela i podeszła bliżej do łóżka.
- Życiu Marty nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, więc jutro powinna dostać wypis.
- A wie pani dlaczego zemdlałam? – wtrąciłam, marszcząc brwi.
- Badania wykazały, że masz anemię. Dodatkowo brakuje ci niektórych witamin, a to połączone z dużym wysiłkiem, może prowadzić do wymiotów, a nawet i utraty przytomności.
- Myślałam, że anemię mają tylko ci, którzy nie jedzą mięsa.
- Niekoniecznie. Jeśli uzupełniają brakujące białko, to nic im nie jest – odłożyła kartę pacjenta na ramę łóżka i popatrzyła mi w oczy. Z jej twarzy zniknęło rozbawienie. Teraz znowu była tylko moim lekarzem. – Pijesz colę, albo kawę?
- Jedno i drugie – przyznałam szczerze.
- Wnioskuję, że dość często. Masz przez to niedobory żelaza i magnezu.
Nie odpowiedziałam. Kobieta moje milczenie uznała, za potwierdzenie.
Nie zwróciłam wcześniej uwagi, że płynnie posługiwała się językiem angielskim. Bez cienia niemieckiego akcentu w głosie. Chciałam ją zapytać, czy może mieszkała kiedyś w Stanach albo w Anglii, ale ugryzłam się w język.
- Dlatego właśnie od tej pory nie wolno ci tknąć kofeiny w żadnej postaci – mówiła, zaabsorbowana plikiem kartek, które trzymała w ręce.
Lekarka ostentacyjnie zamknęła pióro i podała mi coś, wyglądającego na receptę. Już miała wychodzić, ale zatrzymała się w półkroku.
- Pytał o ciebie – rzuciła przez ramię.
- Kto? – prawie warknęłam. Chciałam już iść do domu.
- Kendall – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Uratowałaś mu życie.
Posłała mi swój wyćwiczony uśmiech i zniknęła za drzwiami.
- Widzisz? – zaczęła mama głosem zarezerwowanym tylko dla kazań i pouczeń. – Ani ja, ani ojciec nie zdołaliśmy cię przekonać do oduczenia się pić tego czarnego świństwa. Dopiero wizyta w szpitalu może ci to w końcu wybije z głowy. Dlaczego nie…
- Muszę go zobaczyć – weszłam jej w słowo.
Poderwałam się z łóżka i bez oglądania za siebie, wyszłam na szpitalny korytarz.
~*~
Jakoś zbytnio nie przejęłam się faktem, że mam anemię. Dużo moich koleżanek ją miało i jakoś nie narzekało. No może z wyjątkiem Kingi, ale ta zawsze wynajduje dla siebie przeróżne choroby, żeby tylko ktoś się nią interesował.
Na recepcji dowiedziałam się, w której sali leży Kendall, i że mogę go odwiedzić.
Nie wiedziałam jednak, co się dzieje z Justyną. Może już wróciła do domu?
Weszłam w korytarz, który prowadził do pokoju Kendalla. Jakże się zdziwiłam, gdy pod wejściem do niego zobaczyłam swoją przyjaciółkę, śmiejącą się z jakiegoś żartu Dustina! Na mój widok oboje wyraźnie się zmieszali, a Justyna nawet się zarumieniła.
Chłopak pokazał mi ręką, żebym weszła do sali jego przyjaciela. Zrobiłam to najszybciej, jak się tylko dało. Nie chciałam dalej patrzeć jak Dustin Belt i Justyna flirtują.
To be continued...
----------------------------------------
Opowiadanie dla Marty Gadomskiej. Mam nadzieję, że się spodoba. Wykorzystałam twoje zainteresowanie serialami medycznymi :D
Kolejna notka już w niedzielę, a druga część tego oto opowiadania będzie 18 września.
No i powodzenia w roku szkolnym!
Dziękuję wszystkim za wyświetlenia. Przyjemnie się patrzy, gdy one rosną z dnia na dzień. ;D
PS. Dzięki Olka za przypomnienie!! xD
Rozdział świetny ;))) czekam na następne notki :)
OdpowiedzUsuńGENIALNE <3
OdpowiedzUsuńWow Po prostu Wow odebralo mi mowe
OdpowiedzUsuńWow Po prostu Wow
OdpowiedzUsuńBosko xD Ja byłam na granicy anemii, siostra ją ma.... (myślisz: wtf co to za rodzina?xD) a aż źle nie mamy. Omg. A myślałam, że to ja jestem królową dramatu :<
OdpowiedzUsuńFantastycze opowiadanie. ;* Zresztą jak zawsze :) :P
OdpowiedzUsuńJak super! Moja koleżanka zarywa do Dustina! Szkoda, że nie w rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńBardzo fajny blog ! :D serdecznie zapraszam na http://amerykankowa.blog.onet.pl/ może Ty znasz odpowiedź na post :) pozdrawiam!!
OdpowiedzUsuńZajebiste *.*
OdpowiedzUsuń